Get Adobe Flash player

Jubileusz w Szensztat

Kochana Rodzino Szensztacka!

Jesteśmy jeszcze w atmosferze świętowania Jubileuszu i pragnieniem naszym jest podzielić się z Wami wszystkimi tym, co przeżyliśmy tam w Szensztat – kolebce, gdzie się wszystko zaczęło. Właściwie nie wiemy od czego zacząć, bo było tyle przeżyć i znaków, że jesteśmy na Uświęconym Miejscu, kórych nie sposób zapomnieć, ale oczywiście najważniejsze to Eucharystia Jubileuszu i nawiedzenie Prasanktuarium. Bardzo przeżyliśmy też uroczystość odnowienie Przymierza Miłości z MTA w łączności z całym światem, podczas którego usłyszeliśmy słowa "Maryja idzie do nas". I serce zaczęło mocno bić, a w oczach wielu z nas pojawiły się łzy wzruszenia i szczęścia. I przyszła do nas z Prasanktuarium na odnowienie Przymierza Miłości z nami.

 

 

Po uczcie duchowej udaliśmy się na Górę Szensztat posilić ciało i tam... spotkałam o. Józefa Kentenicha... A było to tak. Czekając na obiad zauważyłam leżącą na ziemi wstążkę ze słowami o. Założyciela, podniosłam ją i wtedy ON przemówił do mnie słowami "Idę z tobą..." (napis był w języku niemieckim) i pomyślałam, że to znak, że dzisiaj 18 października 2014 roku jest tutaj z nami tak jak 100 lat temu, kiedy wraz ze swoimi uczniami, zawierał Przymierze Miłości z MTA.
Byliśmy ok. 200-osobową grupą z Polski (Koszalin, Bydgoszcz, Gdańsk) i młodzieżą z wielu miast. Na tle innych krajów może nie duża ale zauważalna, bo nasza flaga narodowa (z Gdańska) była największa i bardzo podziwiana. Robiła naprawdę duże wrażenie i przyciągała innych wzrok. Podchodzili do nas z różnych krajów bo niektórych korzenie wywodzą się z Polski np.z Paragwaju- Ameryka Południowa. Atmosfera jaka panowała, wielkiej radości sprawiła, że czuliśmy sie jak Wielka Rodzina. A bariera językowa była prawie żadna. Na przykład kiedy z małżonką Beatą chcieliśmy się zapytać czy ciasto, które chcieliśmy kupić to sernik – sposobem dedukcji: ser-koza, a na końcu "bee!!!" otrzymaliśmy potwierdzenie, że to ser tzn. sernik! Odczuliśmy też wielką radość, widząc rzeszę młodych, którzy są nadzieją i przyszłością Szensztatu.
Dużym przeżyciem dla nas było powtórne nawiedzenie i modlitwa przy grobie naszego ojca Założyciela. Urzekła nas również niemiecka organizacja i ogromna włożona praca. Wszystko było perfekto – na najwyższym poziomie.
Mamy nadzieję, że godnie reprezentowaliśmy Polski Szensztat.
A na koniec chciałoby się powiedzieć – chwilo trwaj!

Pozdrawiamy cały Szensztat
NCPP

Beata i Leon Drozdowscy

 

Mój wyjazd nie był zaplanowany. Właściwie to nie chciałam jechać, ale zostałam zapisana przez małe niedomówienie. Stwierdziłam, że skoro tak, to pojadę, bo może właśnie tak będzie dla mnie najlepiej. Pomimo że to jednak początek drugiego roku studiów, gdzie mam już przedmioty typowo zawodowe. Początkowo miałam jechać z kuzynką, ale dwa dni przed wyjazdem okazało się, że jednak nie pojedzie, bo nie da rady się zwolnić. Jechałam więc ze strachem, że nie będę miała nikogo bliskiego, żadnej dobrej koleżanki, ani nic. Jednak zostałam przygarnięta przez znajomą z Bydgoszczy i jej koleżankę i czułam się w ich towarzystwie miło i swobodnie. Od samego przyjazdu do źródła było czuć fenomenalną atmosferę... Ludzie z całego świata zebrali się w jednym miejscu by świętować! To było coś. Nawet bariery językowe jakby nie istniały. Jak się nie szło dogadać po niemiecku, to dało się albo po angielsku, albo na migi. Najwspanialszym momentem było oczekiwanie przed północą z 17 na 18 kiedy to dziewczęta umieściły w koronie MTA w Prasanktuarium małą koronę, która przeszła przez ręce wszystkich obecnych na obchodach dziewcząt. To niezwykłe uczucie kiedy wiem, że w tej koronie jest coś co trzymałam w rękach, jednocześnie oddające nasz ideał stanowy dziewcząt (Jesteśmy żywą koroną Maryi). Odliczaliśmy ostatnie minuty do północy. To było lepsze niż Sylwester. Ponadto samo odnowienie Przymierza Miłości w amfiteatrze, kiedy to obraz z Prasanktuarium został przeniesiony między ławkami, to tak jakby Matka Boża wyszła do ludzi. Towarzyszyło temu mnóstwo emocji. Ludzie łapali się za ręce nie ważne czy się znali, ani czy mówili w tym samym języku, czy w ogóle się nie rozumieli. Wyjechałam stamtąd pełna energii oraz chęci do działania i pracy nad sobą. Bardzo cieszę się, że tam byłam i nie zamieniłabym tych wspomnieć na nic innego.
Karolina Burczyńska

Nazywam się Marta. Na stulecie przyjechałam pierwszy raz do schoenstatt'u Do końca nie mogłam uwierzyć, że to właśnie ja jadę na ten jubileusz. W samym schoenstatt byliśmy 3 dni, ale to i tak za mało czasu, żeby wszystko zwiedzić i na spokojnie pomodlić się. Miałam kilka intencji, z którymi tam jechałam. Ofiarowałam wszystko MTA. Bardzo poruszył mnie moment kiedy stworzyliśmy łańcuch i podawaliśmy sobie z rąk do rąk koronę RTA. Ja to bardzo przeżyłam, w takim sensie, że jak trzymałam tą koronę to miałam takie wrażenie jakbym zostawiała w niej cząstkę siebie . Jak ta mała koronka została umieszczona w tej dużej koronie to czułam się jakbym tam bardzo blisko była. I jak później jeszcze jakaś dziewczyna wyniosła tą koronę na zewnątrz i przechodziła między nami to było naprawdę mega uczucie. Był jeszcze jeden taki moment kiedy się wzruszyłam, to było kiedy jedna dziewczyna dawała świadectwo, że jest z rodziny muzułmańskiej i niedawno potajemnie przyjęła chrzest i jest katoliczką. Mówiła,że tylko jej mama wie o tym. Tu nasunęła mi się myśl,że często wydaje się nam,że mamy nie wiadomo jak trudne życie, bo np musimy coś tam zrobić. To jest nic w porównaniu do tej dziewczyny, która musi ukrywać to, że jest katoliczką. Ogólnie w trakcie wyjazdu poukładałam sobie kilka rzeczy w głowie i wydaje mi się, że bardzo owocnie przeżyłam ten wyjazd. No to by chyba było na tyle. Dziękuję, za uwagę.
Marta Żyszkiewicz

 

Zdjęcia